„Umysł Dziecka”, czyli książkowa polecajka o wychowaniu

Montessori, to słowo zawsze kojarzyło mi się z drogimi przedszkolami, w których dziecko robi co chce, a na koniec wychodzi z nich nieprzystosowane do naszego oceniającego świata. Był to też temat, który zwyczajnie mnie nie interesował, no bo po co nastolatce, czy później młodej dziewczynie taka wiedza?

Przyszedł w końcu taki czas, że tematy wychowania stały się dla mnie dużo bliższe. Moja córka skończyła już dwa lata i dumnie każdego dnia kroczy do żłobka, a ja się zastanawiam co dalej? Przedszkole, do którego sama chodziłam, było bardzo przyjemne i dobrze się tam czułam, jednak zaczęłam się zastanawiać, czego ja właściwie wymagam od placówki, do której poślę mojego szkraba.

Właśnie tak powrócił temat Montessori. Stojąc w supermarkecie w kolejce do kasy, miałam na wyciągnięcie ręki cały kosz z tanimi książkami, gdzie zazwyczaj pomieszane są romansidła z kryminałem i gdzie nie gdzie wetknięta jakaś kolorowanka. Ze stosu wyciągnęłam niebieską książkę z napisem Maria Montessori „Umysł dziecka”.

Lubię sięgać do źródła. Jeśli gdzieś słyszę opinię na dany temat, to staram się szukać tekstów źródłowych, żebym sama mogła wyrobić sobie opinię. Po książkę sięgnęłam nie tyle po to, żeby zdecydować, które przedszkole będzie najlepsze dla mojej córki, ale raczej po to, żeby poznać myśli kobiety, która stworzyła całą tę metodę.

Kim była Maria Montessori?

Maria Montessori przyszła na świat w 1870 roku, we Włoszech. Gdybym miała porównać, to mogłaby być moją praprababcią. W tamtym czasie trwało Zjednoczenie Włoch, sytuacja w kraju była bardzo dynamiczna.

W wieku 13 lat Montessori rozpoczęła naukę w szkole technicznej. Uczyła się tam języka włoskiego, arytmetyki, algebry, geometrii, rachunkowości, historii, geografii i innych przedmiotów szkolnych. Szkołę ukończyła w 1886 roku z dobrymi ocenami i wynikami egzaminów. W tym samym roku, w wieku lat 16, rozpoczęła naukę w Instytucie Technicznym. Osiągnęła dobre wyniki w naukach ścisłych, a zwłaszcza w matematyce. Początkowo chciała studiować inżynierię po ukończeniu szkoły, co było nietypową aspiracją dla kobiety w tamtym czasie. Po ukończeniu szkoły średniej w 1890 roku, w wieku 20 lat i otrzymaniu świadectwa z fizyki i matematyki, Montessori zdecydowała się studiować medycynę, co także łamało ówczesne normy kulturowe.

Maria Montessori była katoliczką, niestety jej życie prywatne było dość skomplikowane. W 1898 roku urodziła syna, ojcem dziecka był Giuseppe Montesano, jej kolega lekarz. Gdyby Maria Montessori wyszła za niego za mąż, wówczas, jak przystało w tamtych czasach, powinna przestać pracować zawodowo. Maria Montessori postanowiła zrezygnować z małżeństwa, a w zamian za to kontynuować pracę i studia. Maria Montessori chciała zachować w tajemnicy związek z ojcem jej dziecka, pod warunkiem, że żadne z nich nie poślubi nikogo innego. Niestety ojciec jej dziecka został zmuszony przez rodzinę, aby korzystnie ożenić się. W tym czasie Maria Montessori została z małym dzieckiem sama. Żeby móc się utrzymać, oddała syna pod opiekę mamki mieszkającej na wsi. Tym samym nie mogła uczestniczyć w pierwszych latach jego życia. Nawiązała z nim kontakt, kiedy był nastolatkiem, a także w latach późniejszych okazał się świetnym asystentem w jej badaniach.

Maria Montessori

„Umysł dziecka”

Po wstępie oraz przybliżeniu sylwetki Marii Montessori chciałam przytoczyć kilka fragmentów z książki „Umysł dziecka”. Co ważne, książka niekoniecznie musi być kierowana jedynie do rodziców. Świetnie nadaje się również dla ludzi, którzy po prostu interesują się psychologią, lubią obserwować zachowania innych i zastanawiają się, dlaczego niektórzy zachowują się tak, a nie inaczej. Rodzicom pozwoli ona uświadomić sobie, jak duży wpływ mają na swoje pociechy i dlaczego warto inwestować w czas z dzieckiem, które ma mniej niż trzy lata.

Maria Montessori zauważa, że już czas ciąży i później okres bycia noworodkiem jest bardzo ważny. Małe dziecko jest budowniczym dorosłego człowieka. Wszyscy przez to przeszliśmy, każdy z nas był kiedyś mały.

Noworodek, choć fizycznie nie do końca uformowany, musi zbudować tak skomplikowaną istotę, jaką jest człowiek. Nie występuje u niego „budzenie się instynktu”, jak u nowo narodzonych zwierząt, gdy tylko zetkną się ze środowiskiem zewnętrznym. Dziecko po urodzeniu kontynuuje swoją zarodkową funkcję, budując to, co później jest traktowane jako „zespół ludzkich cech”. A ponieważ u człowieka nic nie jest dane z góry, musi zbudować całość psychiki oraz wszystkie mechanizmy motoryczne, które będą jej wyrazem. Jest bezwładną istotą, która nie potrafi nawet utrzymać prosto głowy. […]

Tak więc u dziecka najpierw kształtuje się psychika, dopiero potem motoryka. Aktywność dziecka zaczyna się od psychiki, a nie od umiejętności ruchowych. Najważniejszym elementem rozwoju człowieka jest jego życie psychiczne, a nie zdolności ruchowe, gdyż umiejętności ruchowe wykształcają się pod kierunkiem psychiki. Inteligencja jest tym, co odróżnia człowieka od zwierząt, dlatego pierwszą rzeczą, jakiej musi dokonać w życiu, jest jej zbudowanie. Reszta może poczekać.

Tak jak pisałam, Maria Montessori mogłaby być moją praprababcią. Warto uświadomić sobie jakie było wtedy podejście do małych dzieci. W zamożniejszych rodzinach naturalne było, że dzieci oddawano mamkom do wychowania, a rodzona matka miała kontakt z dzieckiem wtedy, kiedy tego chciała. Myślę, że każdy kto ma małe dziecko przyzna, że to bardzo wygodny model, niestety również dość przerażający. Nie wyobrażam sobie „nie znać” swojego dziecka i widywać je, przelotnie doglądając, czy dobrze się rozwija, a nie uczestniczyć w tym rozwoju.

Czasy się zmieniły, ale sądząc po trafności spostrzeżeń Marii Montessori tym bardziej warto wziąć sobie do serca jej spostrzeżenia.

Zastanówmy się teraz nad zachowaniami ludzi na różnych szczeblach rozwoju cywilizacji. Wydaje się, że każda z tych grup jest w dziedzinie wychowania dzieci inteligentniejsza niż my, ludzie Zachodu, z naszymi najnowocześniejszymi pomysłami. Widzimy, że w wielu krajach dzieci nie wychowuje się w takiej sprzeczności z wymogami natury jak u nas. W większości krajów dziecko wszędzie towarzyszy matce; matka i dziecko są jakby jednym ciałem. Chodząc, matka mówi a dziecko słucha. Matka dyskutuje z dostawcą o cenach – dziecko przy tym jest; dziecko widzi i słyszy wszystko, cokolwiek matka robi czy mówi, i trwa to przez cały okres karmienia piersią, uzasadniający tak bliskie współżycie; matka musi karmić dziecko i dlatego nie może go zostawić kiedy wychodzi z domu do prac. Do konieczności karmienia dochodzi jeszcze naturalna czułość i wzajemny pociąg między matką i dzieckiem. Wówczas karmienie maleństwa i miłość łączą te dwie istoty w naturalny sposób rozwiązują problem adaptacji do środowiska.

Podstawą metody Montessori jest nieskrępowany rozwój dzieci na różnych płaszczyznach zgodnie z ich indywidualnymi potrzebami i możliwościami. Wiąże się to nie tyle z pójściem na ugodę na wszystkie zachcianki dziecka, ale z dużą dozą wrażliwości i umiejętności obserwacji świata przez rodzica tak, żeby pomóc ten świat odkrywać maluchowi.

W wieku około półtora roku dziecko odkrywa, że każda rzecz ma swoją nazwę. Oznacza to, że spośród wszystkich słów, które słyszało, potrafiło wyróżnić rzeczowniki, zwłaszcza nazwy własne. Jest to znaczący krok w rozwoju. Wcześniej istniał dla niego świat przedmiotów, teraz owe przedmioty są określone słowami. Jednak samymi rzeczownikami nie da się wyrazić wszystkiego; dziecko musi jednym słowem wyrazić całą myśl.

W przedszkolu Montessori

W książce możemy przeczytać o pewnym ciekawym eksperymencie. Dorośli przygotowali jedno z pomieszczeń przedszkola w taki sposób, że znajdowały się tam sprzęty codziennego użytku takie jak zmiotka, stół, krzesła, naczynia, wyposażenie łazienki, jedyne co je odróżniało to wielkość. Wszystkie sprzęty były dostosowane do wielkości dziecka, do jego wzrostu i małych rączek. Po wejściu do pomieszczenia dzieci były zachwycone. Okazało się, że właściwie wcale nie potrzebują zabawek do zajęcia czasu, w zamian za to zaczęły wykorzystywać dostępne sprzęty. Zaobserwowano wśród nich jeszcze jedną cechę, dużą niezależność. Dzieci, które same mogły sobie nakryć do stołu, posprzątać, czy dosięgnąć rzeczy, które je interesowały, nie potrzebowały już w takim stopniu dorosłych. Przestały marudzić, że się nudzą, zajęły się „swoimi sprawami”. Wnioskiem po całym tym eksperymencie było to, że dzieci to jedna z bardziej wykluczonych grup społecznych. Nic nie jest do nich dostosowane, zabawki, które dostają, zazwyczaj bardzo szybko niszczą, bo to tak naprawdę nie one są im potrzebne na tym etapie rozwoju.

W Europie i Ameryce, gdzie nieustannie dynamiczny rozwój cywilizacji coraz bardziej oddala człowieka od natury, aby zaspokoić potrzebę aktywności dziecka społeczeństwo oferuje mu nieskończenie wiele zabawek, zamiast podsunąć mu sposoby stymulowania inteligencji. Dziecko w tym wieku chciałoby wszystkiego dotknąć, tym czasem dorośli bardzo ograniczają tę tendencję. Na przykład jedyną prawdziwą rzeczą, której pozwalają mu dotykać jest piasek. Na całym świecie dzieciom wolno bawić się piaskiem; no może jeszcze trochę wodą, ale nie za dużo, bo będą mokre, poza tym mokry piasek brudzi, a dorośli nie mają ochoty ponosić za to konsekwencji.
W krajach gdzie przemysł zabawkarski nie jest aż tak rozwinięty, spotyka się zupełnie inne dzieci; spokojniejsze, zdrowe i wesołe. Inspiracją są dla nich aktywności, które obserwują w swoim otoczeniu, są normalnymi ludźmi, które dotykają i posługują się tymi samymi rzeczami, którymi posługują się dorośli. Kiedy matka pierze lub piecze chleb i bułki, dziecko je naśladuje. Jest to, co prawda, naśladownictwo ale inteligentne, wybiórcze, dzięki któremu dziecko przygotowuje się do bycia częścią swojego środowiska. Nie ma wątpliwości, że dziecko musi robić różne rzeczy dla swoich własnych celów.

Kolejnym bardzo ciekawym tematem, który porusza Maria Montessori w książce „Umysł dziecka” jest chłonność na wiedzę dzieci do trzeciego roku życia. Stwierdza, że tak naprawdę to jest właściwy okres na uczenie dzieci skomplikowanych słów. Nawet jeśli nie zapamiętają wszystkiego, to w dalszej edukacji nie będzie to już nauka od nowa, ale przypominanie sobie wiedzy, którą zdobyły dużo dużo wcześniej. Myślę że jest to na tyle ważny i otwierający głowę cytat z książki, że przytoczę go w całości.

Niewyszkoleni nauczyciele, z jakimi mieliśmy do czynienia przy pierwszych eksperymentach, przygotowali dla dzieci dużo słów napisanych na karteczkach; zapisali wszystko, co potrafili wymyślić, jednak wkrótce przyszli do mnie, mówiąc, że zużyli już wszystkie słowa odnoszące się do ubrań, domu, ulicy, nazw drzew itd., a dzieci wciąż chcą więcej. Wpadliśmy więc na pomysł, by nauczyć je wyrazów z dziedziny kultury, na przykład wszystkich nazw figur geometrycznych, z których zapoznały się na podstawie materiałów sensorycznych: wielokątów, trapezów, trapezoidów itp. Dzieci nauczyły się wszystkiego! Wówczas przygotowaliśmy nazwy przyborów naukowych (termometr, barometr); później przeszliśmy do terminów botanicznych, jak działki kielich, płatki, pręciki, słupki. Dzieci z entuzjazmem przyswajały wszystkie wyrazy i prosiły o więcej. Nauczyciele poczuli się zawstydzeni własną ignorancją, gdy podczas spaceru to od dzieci dowiadywały się nazw marek samochodów. […]

Logiczny wniosek z tego jest taki, że terminów naukowych należy uczyć dzieci w wieku od trzech do sześciu lat. Oczywiście nie mechanicznie ale w odniesieniu do odpowiadających im przedmiotów i w połączeniu z naturalną eksploracją środowiska, tak by uczenie się miało oparcie w doświadczeniu.

Do powyższego cytatu dodam jeszcze jedno ze swoich doświadczeń. Po przeczytaniu książki zaczęłam sprawdzać na ile wspomniane treści są prawdziwe. Moja córka niedawno skończyła dwa lata, ale już od dłuższego czasu można się z nią dogadać. Pewnego dnia latem bawiłyśmy się na placu zabaw, było pusto, nie było innych dzieci, dzięki temu było też cicho. Nagle przyleciało stado srok i zaczęło bardzo głośno się zachowywać, okupując czyjś balkon. Ania to zauważyła, zaczęła pokazywać paluszkiem i pytać „co to”. Odpowiedziałam jej, że to sroki kłócą się o żołędzie. Powiedziałam to tylko raz, ale ona zapamiętała. Od tego czasu wszystkie ptaki w parku mają swoje nazwy. To nie jest tylko ptaszek, ale gołąb, wrona, sroka, kawka etc. Po tym wydarzeniu zrozumiałam, że ona jest w stanie przyjąć wszystko. Nie tylko to, że to jest kwiatek, ale jaki to jest kwiatek, jego cechy, czy jest jadalny itp. Zobaczyłam, że żeby jej odpowiedzieć, sama muszę posiadać tę wiedzę. Nie wynika to ze szczególności mojej córki, choć na pewno dla mnie jest ona najmądrzejsza i najładniejsza – tak zresztą powinno być. Ale raczej z tej chłonności umysłu, o której pisała Maria Montessori. Możemy te cechy pogłębiać już w bardzo młodym wieku, opowiadając o świecie albo tępić, posiłkując się telewizorem, czy smartfonem.

Maria Montessori z dziećmi

Na koniec chciałabym przytoczyć również aktualny cytat z książki. Mówi on o poziomie edukacji. Warto tutaj wspomnieć, że przedszkola Montessori początkowo powstały dla dzieci z dysfunkcjami i niepełnosprawnością. Z czasem okazało się, że metoda jest doskonała również dla zdrowych dzieci, bo pozwala im faktycznie się rozwinąć, a nie być wciskanym w ramy. Przerażające w tym wszystkim jest to, że od stu lat właściwie niewiele się zmieniło.

Przeglądając testy edukacyjne zdajemy sobie sprawę jakie są ubogie i suche. Dzisiejsza edukacja jest ograniczająca, prowadzi do kompleksu niższości i do skutecznego osłabienia ludzkich możliwości; już przez swą organizację stawia granice wiedzy, które leżą poniżej poziomu człowieka. Daje protezy ludziom, którzy mogliby chodzić na własnych silnych nogach. Taka edukacja jest oparta na niższych cechach człowieka, zamiast na wyższych. Jest więc winą wyłącznie człowieka, że społeczeństwo składa się z ludzi niższych, którym nie dana była możliwość ukształtowania charakteru w konstruktywnym okresie rozwoju. Musimy postarać się odnaleźć właściwy ludzki poziom, na którym dziecko będzie mogło wykorzystać swe twórcze siły.

Myślę, że znalazłoby się drugie tyle wartościowych cytatów i myśli ze wspomnianej książki. Po tej lekturze zaczęłam w zupełnie inny sposób patrzeć na psychikę i potrzeby dzieci. Zrozumiałam, że praca z dziećmi może być przyjemna i wymagająca jednocześnie i że ostatecznie ma ona sens. To jak będą wyglądały te pierwsze naprawdę dynamiczne lata rozwoju naszego dziecko, przyczyni się później do wzmocnienia jego charakteru, łatwości w nauce, czy samoocenie.

Niezależnie czy korzystamy z usług przedszkoli Montessori, czy pracujemy z dzieckiem osobiście w domu, warto przyjrzeć się tej metodzie i wyciągnąć z niej jak najwięcej.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *